Mózg Hitlera na praskim bruku
15 Październik 2011
Po raz pierwszy o zamachu na Heydricha przeczytałem jako dzieciak. Pamiętam, że był to niezbyt długi komiks, bodajże w dwóch numerach poczciwego Relaxu – czyli na przełomie lat 70- i 80-tych. Pamiętam, że dziwiła mnie nieco. Czesi, co to się dali Niemcom bez jednego strzału podbić i nagle jakiś ruch oporu? Już byłem po lekturze Dywizjonu 303 i wiedziałem, że owszem, „sierżant Frantisek, dzielny Czech”, ale to był raczej wyjątek potwierdzający regułę. Tymczasem te Szwejki od dobrych dwudziestu lat spokojnie i skutecznie tłumaczą światu, że sroce spod ogona nie wypadli i bili się w II wojnę lepiej od Polaków. Zrobili „Ciemnoniebieski świat”, a potem „Tobruk” i nikt się ich nie czepia za politykę historyczną. W dodatku to działa – Czesi wychodzą w oczach świata na czołowego szwabobijcę w naszym regionie.
Potwierdza to HHhH Laurenta Bineta. Książka wyszła rok temu i od razu zdobyła Nagrodę Goncourtów za najlepszy debiut. Nic dziwnego, że wyszła i w Polsce, dzięki Wydawnictwu Literackiemu. Tytuł oryginalny brzmi HHhH – tak samo, bo to niemiecki skrót, podobno powszechnie używany „HHhH – Himmlers Hirn heisst Heydrich, mózg Himmlera nazywa się Heydrich”.

Nasze szanowne Literackie, w trosce o to, żeby się czytelnik zbytnio intelektualnie nie spocił dodało podtytuł „Zamach na kata Pragi”. Choć „kat Pragi” to słaby przydomek, aż tak bardzo się czeska stolica nie skrwawiła, w porównaniu z taką Warszawą. Chociaż, w porównaniu z Warszawą to się żadna stolica nie skrwawiła. Ale sam Heydrich miał lepszy przydomek „Blondbestia”. Faktycznie, jak się patrzy na zdjęcie, to aż ciary przechodzą. Aryjski ideał nadczłowieka. Zero moralności przy posturze archanioła. Jeden z najwierniejszych wyznawców idei Hitlera. Rokujący zresztą doskonale na przyszłość – po Pradze jeździł autem z rejestracją SS-3 – czyli trzeci po Hitlerze i Himmlerze. Współarchitekt Zagłady. Pan i władca Lebensraumu. Diabeł.

Ale go dopadli. Kubis i Gabcik: czechosłowaccy Cichociemni, zrzuceni z Anglii w tym jednym celu – zabicia Heydricha. Żeby świat nie uwierzył, że Czechosłowacja padła na kolana i milczy, brnąc w kolaborację. Kubis był Czechem, Gabcik Słowakiem – obaj zapłacili życiem za swój wyczyn, zastrzelili się po parugodzinnym oblężeniu, zresztą zdradzeni przez innego Cichociemnego.
O tym wszystkim jest właśnie książka Bineta. O demonicznym „mózgu Himmlera”. O tym, jak Czesi (i Słowacy, w końcu był to jeden kraj) wpadli Niemcom w łapy. O operacji Anthropoid, jej sukcesie i tragicznym finale. Czyta się całkiem nieźle. Czytałaby się rewelacyjnie, jak najlepszy reportaż historyczny z szerokim tłem, żywą narracją i ciekawymi szczegółami, gdyby nie… No właśnie. Pan Pisarz, jak na nowoczesnego współczesnego Pisarza Europejskiego musiał poudziwniać. Więc połowa treści to opisy, jak pisze książkę. Jak się męczy, kombinuje, zastanawia się, czy tak można, czy nie można. Pewnie za to facet Goncourtów dostał – bo za normalny reportaż by nie dostał. Taka już uroda krytyków. Ale per saldo da się przez to przebrnąć i samo HHhH może nie aż zachwyca, ale zadowala. Pozostawiając zresztą we mnie nieco zazdrości, że tak ładnie o Czechach znowu na świecie piszą. A nie o Polakach. To właśnie łyżeczka dziegciu – facet ani słowem się o AK nie zająknął. Ale myśmy tylko przegrane powstanie zrobili, a oni zatłukli arcydiabła.
Jeśli jutro wojna…
24 Październik 2010
Jesli zawtra wajna. Był taki sowiecki film, nakręcony w Sojuzie bodajże w 1938 roku. Niemcy atakują znienacka i zdradziecko, jednak Armia Czerwona w ciągu kilku dni odpiera uderzenie, niemieccy robotnicy powstają przeciwko reżimowi i z otwartymi ramionami witają towarzyszy, krwi mało, chwały dużo. Fajny film, klimacik w tym specyficznym stylu, który z zadziwiającą łatwością wpada w ucho i serce, wyłącza mózg. To się propaganda nazywa. Człowiek sowiecki miał być pewien, że jeśli Niemcy napadną, Towarzysz Stalin zrobi tak, że się nie pozbierają. Trzy lata po nakręceniu filmu Niemcy faktycznie napadli, tylko rzeczywistość była zupełnie inna. Zmasakrowali Armię Czerwoną i dotarli do Wołgi. Dlaczego w końcu przegrali, nad tym do dziś debatują historycy. Ja skłaniam się ku opinii, że pogrążyła ich ideologia – gdyby nie traktowali Rosjan jak podludzi, tylko partnerów, świat mówiłby dziś po niemiecku. Z oboma Amerykami włącznie.
Film mi się przypomniał dlatego, że ostatnio przerobiłem sobie dwie książki wydawnictwa Warbook: „Kaukaskie epicentrum” Marcina Gawędy i „Stalowa kurtyna” Vladimira Wolffa. Obie bazują na mniej więcej takim założeniu, jak ten stary ruski film. Czyli co by było, gdyby jutro doszło do wojny.
Pomysł owszem, książkowo znany. Była kiedyś -z piętnaście lat temu – taka „Czarna Seria”, w której wychodziły w Polsce technothrillery Toma Clancy’ego. Poza nimi wyszły powieści gościa, który nazywa się Larry Bond. On właśnie czynił takie założenia dramaturgiczne: Rosja napada na Polskę, Korea Północna na Południową, RPA atakuje… no kogoś tam atakuje, nie pamiętam dokładnie. Pamiętam tylko, że „Wir”, „Kocioł” czy „Czerwony Sztorm” świetnie się czytało. Na tyle świetnie, że upolowałem sobie w internecie dziełko „Następna wojna światowa” pióra Caspara Weinbergera, ministra obrony USA za czasów Reagana. Książka zawiera właśnie scenariusze potencjalnych konfliktów na świecie, oczywiście ze scenariuszem Rosja-Polska na czele. Czytało się też świetnie, bo napisane z wdziękiem, dzięki pomocy dziennikarza Petera Schweizera. Oczywiście niby fantastyka, ale wstęp napisała sama Margaret Thatcher…
Panowie Gawęda i Wolff poszli w te właśnie strony, opisując potencjalny konflikt z Polską w roli głównej. „Kaukaskie epicentrum” to właściwie podrasowana historia sprzed dwóch lat, czyli wojna gruzińsko-rosyjska o Osetię Południową. Tylko że w książce idzie już na ostro, Rosjanie pchają się do Tbilisi, a na drodze stają im poza Gruzinami także Amerykanie i oczywiście nasi dzielni chłopcy. Dlaczego nasi, dlaczego tam? Bo pozwolę sobie przypomnieć, że obok jest Azerbejdżan, a tam ropa, która nie płynie przez Rosję, a jest potrzebna… No, historia niezła, w dodatku prawdopodobna – to znaczy była prawdopodobna za poprzedniego Prezydenta, bo ten zdaje się już ma już gdzie indziej kolegów…
„Stalowa kurtyna” to natomiast pyszna historia o tym, jak się Białoruś pod Łukaszenką na Polskę porwała. Łukaszenka narysowany niestety jak mały hitlerek, aż się dziwię że ambasada Białorusi nie protestuje. Może nie czytali. A szkoda, bo kurcze Białorusini wypadają jak ostatnie bydlaki, ze zbrodniami wojennymi włącznie. Jakby ktoś tak Polaków odmalował to bym się wkurzył. Wolff Polaków maluje jednak prawie jak Sienkiewicz. Owszem, jest zdrajca (u Sienkiewicza też był!), ale zasadniczo nasi walczą ciężko, w obronie, okrążeniu i nawet w ruchu oporu. Wreszcie jednak uderza NATO (B-2!), ruszają Leopardy i nasza 11 Lubuska z Żagania robi Białorusinom Jesień Średniowiecza.
Może nie najwyższych lotów literatura, przyznaję. Ale jak krzepi. Insza inszość, że kurczę jakoś nie mogę sobie wyobrazić,żebyśmy byli w stanie tak dzielnie walczyć mając rozpieprzoną w drobny mak armię przez obecnego MONa Klicha. Ale krzepi. Tak, jak chłopaków z Woroneża czy Samary krzepił w 1941 film „Jesli zawtra wajna”…
Się przeczytało, się zagra
16 Marzec 2010
Na imieniny syn mój najstarszy obdarował Stalkerem. A właściwie S.T.A.L.K.E.R.em – grą komputerową. Nie najnowszą wprawdzie, ale już dawno ostrzyłem sobie na nią zęby. Gra jak gra – łazi się z giwerą i wali w różne takie również łażące (niestety nie do Niemców…). Ale klimacik ma jak cholera. Całość po rosyjsku, syf postsowiecki, nawiązania do „Stalkera” Tarkowskiego. Polecam. Teraz to samo zdaje się ukraińskie studio wyprodukowało grą Metro 2033. Pewnie by mi umknęła – aż takim maniakiem nie jestem – ale kupiłem sobie dwa tygodnie temu książkę o tym samym tytule, a nawet bardzo podobnej szacie graficznej. Nieprzypadkowo oczywiście, ponieważ gra powstała na podstawie książki, jak to fachowcy nazywają jest egranizacją. Mam nadzieję, że równie dobrą, jak pierwowzór.
Bo pierwowzór jest bardzo dobry. Może nie znakomity, ale bardzo dobry. Pomysł to kolejna wariacja na temat „świat-po-wojnie-atomowej”. Tu światem jest Moskwa, a właściwie moskiewskie metro. Kto był wie, a kto nie był się dowie, że system podziemnych korytarzy pod stolicą Rosji jest potężny – kilka linii, dziesiątki stacji, do tego linia rządowa. Właśnie tam przed wybuchami głowic schowało się parędziesiąt tysięcy ludzi. Tylko oni przetrwali. Na powierzchni życie ustało – a przynajmniej to, co życiem zwać się przyzwyczailiśmy. W samym metrze powstał zaś świat w miniaturze – podzielony na państwa pozostające z sobą w standardowych stosunkach wojny, handlu, sojuszu i przyjaźni. Jest więc potężna Hanza, są bolszewicy, faszyści, masa stacyjek niezależnych i kalejdoskop przedziwnych „tryndów” – na przykład Świadkowie Jehowy czy trockiści (najsympatyczniejszy rozdział książki, niestety).
Bohater z zapadłej stacyjki na obrzeżach musi się dostać do na poły mitycznego Polis. Wędruje więc wymarłymi albo co gorsza niewymarłymi korytarzami i tunelami, co chwila pakując się w nową awanturę. Poznaje całe uniwersum i z żółtodzioba zmienia się w weterana. Potem przyjmuje kolejną misję… Do tego trochę mniej lub bardziej udanej popfilozofii i klimaty znane z tak zwanej „słowiańskiej science-fiction”. Rzeczywiście fabuła aż się prosi o przeniesienie na ekran – Rosjanie robią dobre filmy – a jeszcze bardziej prosi się o grę. I się doprosiła. Oczywiście mała łyżeczka dziegciu – nie chcę spoilerować – finał troszkę rozczarowuje, przynajmniej mnie, ale o ile w innych książkach by to wkurzało, tu tylko lekko się skrzywiłem. A grę pewnie kupię, ale w reedycji – troszkę droga…
P.S. Autor książki nazywa się Dimitrij Głuchowski. Wydawnictwo Insignis jednak uległo kretyńskiej modzie anglicyzowania rosyjskich nazwisk, mamy więc na okładce nazwisko-potworek Glukhovsky. Swoją drogą ciekawy człowiek i historia książki ciekawa – odsyłam na firmową stronę http://www.metro2033.pl/
O co katoli pytają koledzy
22 Luty 2010
„Jeszcze kilkanaście lat temu absolutnym hitem polskiego rynku dewocjonaliów były fluorescencyjne różańce. Szczęśliwego posiadacza łatwo było rozpoznać po krzykach, które wydawał w nocy, gdy przebudzony zerknął na ścianę, na której różaniec wisiał.” Ot, smaczek jeden z książki Szymona Hołowni „Kościół dla średnio zaawansowanych. Kolejny Hołownia przez Znak wydany właśnie. A właściwie nie kolejny, bo to wznowienie pierwszej książki genialnego popularyzatora Świętej Matki Naszej Katolickiej i Rzymskiej. A właściwie nie wznowienie. Hołownia przyznaje, że do drugiego wydania przerobił dziełko dość znacznie, pisząc tony tekstu na nowo.
Dla tych, którzy nie widzieli pierwszego wydania będzie ona kolejnym tomem „for dummies” po „Tabletkach z krzyżykiem” i „Monopolu na Zbawienie”. Pan Szymon omawia leksykonowo ważne pojęcia katolickiego Uniwersum, od A do Z. Nie od Abla czy Abrahama zaczyna, ale od Anioła, a właściwie Aniołka. Automatycznego – co to się w kościołach buja, dziękując za datek. Widać zresztą, że autor w warszawskich kręgach się obraca, bo pisze, że w czasach kart kredytowych i ofiaromatów miejsca na aniołki kiwające już w kościołach nie ma. Niechże przyjedzie do nas w Boże Narodzenie a zobaczy, jakim się cieszą powodzeniem. A w jednym z kościołów franciszkańskich w okolicy aniołek-mniszek mówi „Bóg Zapłać” przepalonym barytonem. Moim (zakonniki musiały nagrać taśmę, więc im nagrałem, a dziecka nie było pod ręką).
Dalej mamy haseł co niemiara – na przykład Apokryfy, Karaoke (!), Ojciec Dyrektor, Psalmy Złorzeczące, Watykańska Ruletka aż po Żywy Różaniec. Wszystko lekko, łatwo choć nie zawsze za łatwo; trochę się zamotałem przy tekście o Szepcie Aniołów, za to genialna refleksja na przykład o Listach Pasterskich czy Przysiadzie Liturgicznym.
Książka i dla katoli, zwłaszcza wyluzowanych – niewyluzowani się będą obruszać bez wątpienia – i dla tych, którzy są kolegami katoli i zadają im pytania, na które trudno w sposób łatwy odpowiedzieć. A jak katola poznać? Autor i tu daje odpowiedź: obudź kogoś w środku nocy, powiedz „Ciebie prosimy” i czekaj na odpowiedź.
O podtytułach
28 Styczeń 2010
O Adolfie Eichmannie usłyszałem pierwszy dzięki Haanah Arendt. Znalazłem jej książkę „Eichmann w Jerozolimie”. Tytuł taki sobie – dla nieznającego się na rzeczy po prostu wieloznaczny. Bardziej ciekawy był podtytuł: „Rzecz o banalności zła”. Ki diabeł? – pomyślałem i wziąłem książkę z półki. Rzecz się czytała trudno, ale bardzo dawała do myślenia. Rzeczony Eichmann okazał się diabłem wcielonym, ale bynajmniej nie takim, jak pokazuje ikonografia od średniowiecza do współczesnych horrorów. Nie był widowiskowo ZŁY, nie przerażał wyglądem, nie miał oblicza Hannibala Lectera ani nawet Louisa Cyphre’a. Sądzony przez żydowski trybunał Adolf Eichmann był po prostu urzędnikiem. Bardzo sprawnym urzędnikiem, który zarządzał Ostatecznym Rozwiązaniem. Haanah Arendt zdawała zresztą w swojej książce bardzo ciekawe pytania dotyczące Shoah, pytania niezbyt miłe dla Żydów. Pytała o to, dlaczego poza epizodami w wykonaniu młodzieży kilka milionów ludzi szło na śmierć jak bydło na rzeź. O rolę, jaką odegrała „starszyzna”, która podporządkowała się Niemcom i sama pomagała w organizacji gett i transportów. Banalność zła. Dobry podtytuł.
Gorszy podtytuł ma najnowsza książka dotycząca Księgowego Zagłady: „Wytropić Eichmanna” Neala Bascomba (ZNAK). Gorszy w polskim tłumaczeniu – „Pościg za największym zbrodniarzem w historii”. Podtytuł po prostu na wyrost – Eichmann nie był z całą pewnością NAJWIĘKSZYM zbrodniarzem. Był niezły, owszem, ale gdzież mu tam do swojego szefa, że o Józefie Wissarionowiczu nie wspomnę, a przecież w kolejce jeszcze paru by się przed nim ustawiło. Oryginał ma podtytuł lepszy: How a Band of Survivors and a Young Spy Agency Chased Down the World’s Most Notorious Nazi. Długi jak jasna cholera, ale fajny: jak grupa ocalałych z Zagłady i młoda agencja wywiadu złapała najsłynniejszego nazistę na świecie. Oczywiście trzeba by dać przypis, że najsłynniejszego żywego i pozostającego na wolności, ale co tam.
O tym właśnie jest ta książka. I świetnie się czyta. Jak powieść szpiegowską. Najpierw o tym, jak ważniak z SS uciekł z Europy, tropiony nie tyle przez Aliantów, co żydowskich mścicieli. Zwiał dzięki słynnej organizacji ODESSA oraz… kościołowi katolickiemu. Boli? Mnie boli.
Potem jeszcze bardziej fascynująca historia wpadnięcia na jego trop – niby przypadkowego, ale… Siła Mossadu leży w solidarności Żydów, tyle powiem. Wreszcie akcja złapania go w Argentynie i przewiezienia do Izraela. Wreszcie proces i wyrok śmierci – jedyny w dotychczasowej historii tego kraju.
I jedna uwaga – Diabeł wcielony bez munduru okazał się całkowitą łamagą życiową. Nie dorobił się niczego, a dawni towarzysze go raczej nie cierpieli. Zawieszę więc pytanie, co z człowiekiem robi władza? Co robi z człowieka?
Niegłupia łopatologia
19 Grudzień 2009
Z pisaniem Szymona Hołowni spotkałem się z dziesięć, a może i dwanaście lat temu. W dominikańskim „W Drodze” znalazłem jego tekst o kazaniach. Pokazywałem go potem paru proboszczom, podpuszczając oczywiście, jak my świeccy te ich mowy słyszymy – a nierzadko i widzimy (no bo mowa ciała swoje robi). Potem od czasu do czasu coś mądrego w Rzepie napisał, później się przeniósł do liberalniejszych mediów – Newsweeka i TVNu. Zbaraniałem trochę, kiedy zaczął robić w rozrywce i wyprowadzać na scenę różne „mamtalenty”. TVN Religia niestety na talerzu nie mam, więc nie widzę jego poważniejszych produkcji. Podobno tam rządzi – znaczy mam taką nadzieję, bo do ks. Sowy jakoś się nie przekonuję po tym, co zrobił z Radiem Plus.
Hołownia pisze też książki. Właśnie przerabiam jego „Monopol na zbawienie” (Znak). Tytuł dwuznaczny – z jednej nawiązuje do starego katolickiego „Extra Ecclesiam nulla salus”. Z drugiej do popularnej gry w handel nieruchomościami. Zresztą egzemplarz, który mam jest o grę wzbogacony. Wolałbym komputerową strzelankę (do ateistów
), poza tym pogubiłem już jej elementy.
Książka podobna do wcześniejszych dzieł Pana Szymona: „Tabletek z krzyżykiem” i „Kościoła dla średnio zaawansowanych” (Znak właśnie ją wznawia). Zapewne dzięki przebywaniu w luzackim i często mało pobożnym, a drugiej strony krytycznym otoczeniu zawdzięczamy wykład katolickiego spojrzenia na przeróżne sprawy: horoskopy, in vitro, związki pozasakrametalne. Do tego wiele wyjaśnień pokutujących bez końca mitów: odpłatność za czynności religijne, inkwizycja, zwrot majątków kościelnych. Poza tym troszkę porad typu „co zrobić, jak pogryzłeś Komunię”, hehe.
Do tego to, co lubię najbardziej – erudycja, anegdoty, historie z pazurami. Oczywiście, to sałatka. Ale wyjątkowo strawna. Dzięki niej trawię Pana Szymona nawet w „Mam Talent”.
Kwatera Bożych Pomyleńców
23 Listopad 2009
Na fajne rzeczy w TV wpadam najczęściej przypadkiem. Tak było z „Kwaterą Bożych Pomyleńców”. Kliknąłem pilotem i zobaczyłem, że TVP daje ucztę. Właściwie – w moim przypadku – deser, bo spektakl był już w połowie, nawet drugiej. Znakomitość materii podkreślona aktorami: Peszek, Radziwiłłowicz, Trela i Olbrychski (o dziwo wcale niezły).
Czterech przedwojennych inteligentów, którzy spędzają Powstanie Warszawskie na dyskusjach o sztuce, literaturze, podróżach i kuchni… Koncept niebywały. Przy tym wszyscy są szlachetni, nie uchylają się przed obowiązkami, zarówno drobnymi jak i wielkimi, patriotycznymi. A wszystko bez większego patosu.
Po paru miesiącach dopiero, w malutkiej księgarni w Przemyślu (obok dworca) trafiłem na Kwaterę Bożych Pomyleńców Władysława Zambrzyckiego (www.cytat.pl). Książka niebyt duża – prawie całą łyknąłem w pociągu z Przemyśla (12 godzin). Nie da się jednak jej pospiesznie czytać. To kolejna erudycyjna powieść, jaka wpada mi w ręce ostatnio. I po raz kolejny zastanawiam się, czy to tylko ja taki głupi i nieuczony jestem, czy to takie czasy mamy. Że szkoła uczy umiejętności, a nie wiedzy, że internet i tv zabija książki, a radiomuzaki słowo mówione. Słyszeliście na przykład o państwie Moresnet? Ja dotąd nigdy wcześniej. Czytając dialogi czterech starszych panów: Afrykandera, Quadratusa, Tatara i Pana Wincentego aż chciałoby się z nimi siedzieć, pomimo faktu, że siedziałoby się w ostrzeliwanej kamienicy. Ale te dyskusje! Zwłaszcza teologiczne: każdy z panów jest innego wyznania, ale do partnerów podchodzi z wielkim szacunkiem (i leciutką kpiną), a do siebie ze świadomością ograniczeń.
Polecam Kwaterę… z całego serca. To jedna z tych książek, które po zamknięciu ostatniej strony każą nam być lepszymi. I więcej mądrych rzeczy czytać.
Jak Kozak Moskala…
9 Listopad 2009
Na ostatnią wyprawę na Ukrainę (wróciłem przedwczoraj) wziąłem do poczytania „Rzecz o hetmanie Wyhowskim” Łukasza Ossolińskiego. Dziełko nieduże, wydane przez Prószyńskiego i Spółkę, w szacie serii Jasienicowej. Nieprzypadkowo zdaje się – Ossoliński wygrał był konkurs „Śladami Pawła Jasienicy” i to pewnie jeden z elementów nagrody – wydać książkę tak, żeby kojarzyła się z dziełami Beynara. No i żeby miłośnicy tegoż i to kupili.
Iwan Wyhowski to postać raczej nieznana zwykłym zjadaczom historycznego chleba (takim jak ja). A przecież na uwagę z wszech miar zasługuje – toż to następca słynnego Bohdana Chmielnickiego! I Ruskich bijał. Właśnie jako „bijacz Ruskich” niemalże kanonizują go Ukraińcy, gwałtownie dorabiający się historii.
A z tym bieda przecież: najpierw Scytia, potem Chazarowie na korzenie się nie bardzo nadają. Później Włodzimierz Wielki czy Jarosław Mądry – owszem, i chrzest Rusi – zostali zaanektowani przez Moskali, a miano Trzeciego Rzymu dla ich stolicy najlepiej o tym świadczy. Potem dziuuura aż do Siczy Zaporoskiej. Kozacy super – Chmielnicki jednak, jak tylko się trochę wybili na niepodległość (wybijając nam sporo zębów przy okazji), oddał całość Moskwie, przysięgając na wierność carowi, na co ten się wypiął i wolności kozackich nie zaprzysiągł.
Potem się właśnie Wyhowski pojawia i to się z Rosją kuma, to zadziera. Pobił ich pod Konotopem, z czego teraz robi się wielkie halo na miarę Grunwaldu. Na Ukrainie oczywiście, bo Rosjanie bagatelizują całą sprawę, z hetmana robiąc zdrajcę i zaprzańca. Ossoliński pięknie ustawia sprawy, że ani tak spiżowo, ani tak gównianie nie było. Zresztą, cała awantura wielkiego skutku nie miała, bo Ukraina w moskiewskie łapy i tak wpadła, co dało im kolejną dziurę w dziedzictwie na dwieście lat z okładem. No to trudno się dziwić, że następny był już Bandera, którego się trzymają nie oglądając się na to, co myślą sąsiedzi.
Książeczka bardzo smacznie przy okazji napisana – z fantazją kawalerską. Tego w książkach szukam, zwłaszcza historycznych, więc chwalę.

Przez ogień Rewolucji do Polski
28 Październik 2009
To pytanie czasem powraca w luźnych small talkach, kiedy chcemy poznać lepiej naszego rozmówcę: „gdybyś mógł się przenieść w czasie, jakie wydarzenie chciałbyś zobaczyć?” Odpowiedzi różne słyszałem – najczęściej o starożytnym Rzymie czy Egipcie. Pobożni chcieliby zobaczyć Jezusa – głównie w Wielki Piątek. Osobiście chyba wybrałbym 29 maja 1453 roku i upadek Konstatntynopola. Albo cofnąć się wcale niedaleko – w Rewolucję Bolszewicką i Wojnę Domową w Rosji. Oczywiście „cofnąć się” rozumiemy tak, że cofamy się bezpiecznie – tylko oglądamy, jak było naprawdę, nie musimy uczestniczyć w wydarzeniach. Co w przypadku zarówno końca Bizancjum, jak i Rosji jest zrozumiałe; żadna to przyjemność oberwać z armaty Orbana albo kulomiotu zrewoltowanych marynarzy.
Jest coś niezwykle pociągającego dla mnie w opisach upadków imperiów. Jakoś bardziej biorę stronę upadających niż przewracaczy. Najbardziej chyba urzeka mnie zimna determinacja Białych w Rosji – walka o przegraną sprawę, wbrew jakiejkolwiek nadziei, w imię wierności przysięgom złożonym na obalone sztandary i trony. Walka z barbarzyństwem, które urodziło się nie „gdzieś” za górami, na stepach, ale pod schodami własnego domu. I wygrywa. I niesie Zagładę.
A do tego wszystkiego – Sprawa Polska. Czytam właśnie „Strzępy epopei” Wańkowicza. Wydał ją w we wznowieniu Prószyński i Ska, razem ze „Szpitalem w Cichiniczach” i „Wrześniem żagwiącym”. Stara rzecz, ale wielkiego mistrza, więc i czyta się świetnie – o tym, jak Polacy w Rosji podczas rewolucji starali się nie tylko uratować, ale i upiec swoją pieczeń – armię, która wyrąbie im drogę do kraju. W koszmarnych warunkach bolszewii i skrajnie niesprzyjającej polityce zarówno zewnętrznej, jak i wewnętrznej. Trochę za złe mam Wańkowiczowi obsmarowanie Dowbora, ale i tak znakomita lektura.
Druga, niedawno przeczytana to również rzecz z Międzywojnia wznowiona po latach przez Zysk i Ska: „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów” Antoniego F. Ossendowskiego. Podobieństw do Wańkowicza więcej – w końcu autor z podobnego czasu, książką również autobiograficzna i równie wyklęta przez Czerwonych po wojnie. I równie znakomita. Ossendowski do Polski szedł jednak nie na zachód, jak Melchior, ale na wschód – do Pacyfiku, uciekając przed bolszewikami. Przez serce Azji – Mongolię.
Powiem tak – nie do końca wierzę we wszystko co napisał. Wiele wydaje mi się bujdą pod spragnionego egzotyki i sensacji czytelnika. Ale jeżeli choć połowa to prawda – uff…. Fragmenty z „Krwawym Baronem” Ungernem – obłąkanym obrońcą Imperium i nowym wcieleniem Dżyngis Chana…
Herezja czy nadzieja?
22 Październik 2009
Dawno, dawno temu, kiedy byłem młody i głupi myślałem, że mogę zostać księdzem. Na szczęście Dobry Bóg wyjaśnił mi jakoś, że byłbym bardzo złym księdzem. Jednak studiowałem różne teologiczne przedmioty. Jednym z nich była Patrologia – nauka o Ojcach Kościoła. Uczył nas niej młody franciszkanin, o. Huculak. Przemiły człowiek, wobec mojej wrodzonej tępoty dał mi zaliczenie (obroniłem się św. Ireneuszem z Lyonu). Ów zakonnik pobożny miał jedną „szajbę”. Kiedy nie byliśmy przygotowani do ćwiczeń ze starożytnych tekstów wystarczyło rzucić pytanie o ks. Hryniewicza. Miało ono moc magiczną. Srogi profesor zapalał się i przez godzinę nieraz przekonywał nas, jak strasznie ów oblat błądzi w swoich poglądach. Jak już zaznaczyłem byłem młody i głupi, więc nie zależało mi na poznaniu poglądów ks. Hryniewicza, cieszyłem się tylko, że odsunęliśmy od siebie perspektywę „rzezi niewiniątek”, czyli pytań o zadane nam zagadnienia.
Dopiero po latach poczytałem sobie o ks. Wacławie Hryniewiczu. O jego fundamentalnej książce „Nadzieja zbawienia dla wszystkich”, która tak wzburzyła o. Huculaka i wielu konserwatywnych teologów. O teologii nadziei którą Hryniewicz głosi, a właściwie przypomina i odkurza. Bo idea nowa wcale nie jest, sięga właśnie Ojców Kościoła. To idea apokatastazy.
Pogląd tyleż uroczy, co bałamutny. Uroczy, bo mówi że na końcu czasów Bóg pojedna z Sobą wszystko i wszystkich – nawet samego Szatana, który uzna Jego miłość i się przed nią ukorzy. Bałamutny – bo skoro piekła nie ma… Albo skoro jest puste – to co z naszą wolną wolą? Wolnością powiedzenia „nie” – nawet Bogu samemu? Pogląd to, jak już mówiłem starożytny, ze wschodniego Kościoła się wywodzący. Najczęściej wiąże się z nim Orygenesa – genialnego, lecz tragicznego pisarza, któremu odmówiono najpierw męczeństwa, a potem uznania, że o kanonizacji nie wspomnę. Potępiono jego najważniejsze tezy na soborze w Konstantynopolu w 533 roku. Jednak o apokatastazie pisali i uznani, szanowani święci – na przykład Grzegorz z Nyssy.
Hryniewicz pogląd odkurza i co ważniejsze broni go wcale sprawnie. Można się o tym przekonać czytając „Przekroczyć próg nadziei” – wywiad-rzekę, jaką dla Znaku przeprowadzili z teologiem Elżbieta Adamiak i Józef Majewski. Książka o Teologii Nadziei mówi na ostatnich stronach, jednak i poprzedzające je rozdziały mówią o uroczym, zakochanym w Kościele Wschodnim (Bizancjum!) łacinniku. Hryniewicz roby wykład apokatastazy w wersji „dla opornych”. Jako jeden z takich właśnie czytelników, bardzo sobie taki wykład cenię. Nie zgadzam się, ale aż miło z takim Człowiekiem się nie zgadzać.




