Mózg Hitlera na praskim bruku
15 Październik 2011
Po raz pierwszy o zamachu na Heydricha przeczytałem jako dzieciak. Pamiętam, że był to niezbyt długi komiks, bodajże w dwóch numerach poczciwego Relaxu – czyli na przełomie lat 70- i 80-tych. Pamiętam, że dziwiła mnie nieco. Czesi, co to się dali Niemcom bez jednego strzału podbić i nagle jakiś ruch oporu? Już byłem po lekturze Dywizjonu 303 i wiedziałem, że owszem, “sierżant Frantisek, dzielny Czech”, ale to był raczej wyjątek potwierdzający regułę. Tymczasem te Szwejki od dobrych dwudziestu lat spokojnie i skutecznie tłumaczą światu, że sroce spod ogona nie wypadli i bili się w II wojnę lepiej od Polaków. Zrobili “Ciemnoniebieski świat”, a potem “Tobruk” i nikt się ich nie czepia za politykę historyczną. W dodatku to działa – Czesi wychodzą w oczach świata na czołowego szwabobijcę w naszym regionie.
Potwierdza to HHhH Laurenta Bineta. Książka wyszła rok temu i od razu zdobyła Nagrodę Goncourtów za najlepszy debiut. Nic dziwnego, że wyszła i w Polsce, dzięki Wydawnictwu Literackiemu. Tytuł oryginalny brzmi HHhH – tak samo, bo to niemiecki skrót, podobno powszechnie używany “HHhH – Himmlers Hirn heisst Heydrich, mózg Himmlera nazywa się Heydrich”.

Nasze szanowne Literackie, w trosce o to, żeby się czytelnik zbytnio intelektualnie nie spocił dodało podtytuł “Zamach na kata Pragi”. Choć “kat Pragi” to słaby przydomek, aż tak bardzo się czeska stolica nie skrwawiła, w porównaniu z taką Warszawą. Chociaż, w porównaniu z Warszawą to się żadna stolica nie skrwawiła. Ale sam Heydrich miał lepszy przydomek “Blondbestia”. Faktycznie, jak się patrzy na zdjęcie, to aż ciary przechodzą. Aryjski ideał nadczłowieka. Zero moralności przy posturze archanioła. Jeden z najwierniejszych wyznawców idei Hitlera. Rokujący zresztą doskonale na przyszłość – po Pradze jeździł autem z rejestracją SS-3 – czyli trzeci po Hitlerze i Himmlerze. Współarchitekt Zagłady. Pan i władca Lebensraumu. Diabeł.

Ale go dopadli. Kubis i Gabcik: czechosłowaccy Cichociemni, zrzuceni z Anglii w tym jednym celu – zabicia Heydricha. Żeby świat nie uwierzył, że Czechosłowacja padła na kolana i milczy, brnąc w kolaborację. Kubis był Czechem, Gabcik Słowakiem – obaj zapłacili życiem za swój wyczyn, zastrzelili się po parugodzinnym oblężeniu, zresztą zdradzeni przez innego Cichociemnego.
O tym wszystkim jest właśnie książka Bineta. O demonicznym “mózgu Himmlera”. O tym, jak Czesi (i Słowacy, w końcu był to jeden kraj) wpadli Niemcom w łapy. O operacji Anthropoid, jej sukcesie i tragicznym finale. Czyta się całkiem nieźle. Czytałaby się rewelacyjnie, jak najlepszy reportaż historyczny z szerokim tłem, żywą narracją i ciekawymi szczegółami, gdyby nie… No właśnie. Pan Pisarz, jak na nowoczesnego współczesnego Pisarza Europejskiego musiał poudziwniać. Więc połowa treści to opisy, jak pisze książkę. Jak się męczy, kombinuje, zastanawia się, czy tak można, czy nie można. Pewnie za to facet Goncourtów dostał – bo za normalny reportaż by nie dostał. Taka już uroda krytyków. Ale per saldo da się przez to przebrnąć i samo HHhH może nie aż zachwyca, ale zadowala. Pozostawiając zresztą we mnie nieco zazdrości, że tak ładnie o Czechach znowu na świecie piszą. A nie o Polakach. To właśnie łyżeczka dziegciu – facet ani słowem się o AK nie zająknął. Ale myśmy tylko przegrane powstanie zrobili, a oni zatłukli arcydiabła.